Gra Holly

Creepy Christmas Short (WIP)

autor: CL Monaghan © CL Monaghan 2018 * Żadna część tekstów, opublikowanych lub niepublikowanych, napisanych przez CL Monaghan, nie może być używana ani kopiowana bez wyraźnej pisemnej i podpisanej zgody autora. Wszystkie materiały, opublikowane lub niepublikowane, podlegają brytyjskim przepisom dotyczącym praw autorskich.

Rozdział pierwszy

Płomienie wiły się hipnotycznym płomieniem. Ich zaklęty taniec przerywany okazjonalną iskrą, niczym miniaturowy fajerwerk, wypluwający się z kłód ułożonych wysoko w starej żeliwnej kracie.
"Ostrokrzew? Usłyszałeś mnie?" Phil Johnson spytał córkę po raz drugi z rzędu. Nie odpowiedziała mu, ale nadal patrzyła, zafascynowana urokiem trzaskającego ognia. "Kochanie?" Pochylił się, by delikatnie poklepać ją po ramieniu. „Powiedziałem, że mam teraz trochę wolnego czasu. Czy nadal chciałeś, żebym ci czytał?”
„Hmm?” Dziewczyna zaczęła pod jego dotykiem, mrugnęła i skupiła się na ojcu.
"Witamy spowrotem." zachichotał. Holly odwzajemniła uśmiech - uśmiech, który nie ugasił wątpliwości w jej spuszczonych oczach.
„Nadal jesteś zajęty, tato?”
"Nie. Jestem teraz cały twój, kochanie. Chcesz poszukać książki?
"Naprawdę?" Błysk nadziei rozjaśnił jej twarz. Nie całkiem gotowa mu uwierzyć, siedziała ze skrzyżowanymi nogami na kominku. Ojciec pochylił się bliżej.
„Naprawdę, naprawdę” - wyszeptał, a następnie zmierzwił jej włosy. Holly zerwała się na równe nogi i rzuciła do stołu, na którym leżała jej ulubiona bajka. Chwytając książkę, wróciła do części wypoczynkowej i rzuciła się na kolana ojca. Było wystarczająco dużo miejsca, by zwinęła się na jego kolanach z kolanami schowanymi pod brodą.
„Strona dwudziesta, tato”. jej zadyszana instrukcja zbiegła się z szybkim przeglądaniem stron w celu znalezienia odpowiedniej strony. Nie było mowy, żeby poczekała, aż go znajdzie, jego telefon mógłby w każdej chwili ponownie zadzwonić.

Holly nie mogła się skoncentrować na słowach, które czytał jej ojciec, a jej podniecenie waliło jej w piersi, zagłuszając go. Ale to nie miało znaczenia, znała historię na wylot. Ojciec był z nią, a ona rozkoszowała się jego ciepłem, bezpieczeństwem jego kolan i delikatną miękkością brzucha. Wciągając głęboko powietrze, wypiła pocieszający zapach ojca. Byli w Clover Cottage mniej niż czterdzieści osiem godzin, a czas, jaki spędzili z nią jej rodzice, stanowił tylko dwie z nich, policzyła. Tata obiecał jej, że będą to rodzinne Święta Bożego Narodzenia, był dopiero drugi dzień i „musiała nauczyć się cierpliwości”, jak powiedziała jej matka.
„Ile śpi do Bożego Narodzenia, tato?” Phil przestał czytać i spojrzał na córkę.
„Ile razy zamierzasz zadawać to pytanie, Holly?”
"Ciągle zapominam. Mam tylko siedem lat. zaproponowała jako wyjaśnienie.
„No cóż, w takim razie trzy sny”. pokazał trzy palce.
„Kiedy zaczną się rodzinne Święta Bożego Narodzenia?”
„Jak to nazywasz?” - powiedział Phil, wskazując na książkę.
„Mamy tu nie ma.” Holly powiedziała.
„Będzie, ona jest po prostu bardzo…”
"Zajęty. Wiem." Jej rodzice spędzili całe życie „zajęci”. Jeśli to właśnie oznaczało bycie dorosłym, Holly uznała, że nigdy nie chce nim być. Wysoki dźwięk telefonu Phila przerwał ich rozmowę. Wepchnął książkę w ramiona Holly i sięgnął do kieszeni spodni.
„Przepraszam kochanie, muszę to zdobyć.” Holly znała już wiertło. Zsunęła się z kolan ojca i stanęła przy kominku, książka trzymała blisko piersi i zrezygnowała z rozczarowania w oczach. Phil wstał z krzesła i rozmawiał teraz z kimkolwiek po drugiej stronie linii. Przeczesał palcami zapasową rękę, jego głos był lekko podniesiony. Holly wiedziała, że go zgubiła. Już o niej zapomniał. Z ciężkim sercem wycofała się na górne piętro domku.
Domek koniczyny wcale nie był domkiem. Było to dwupiętrowe mieszkanie nad sklepem z narzędziami na skraju wioski Grasmere w Lake District. Budynek stał samotnie na końcu linii, a z najwyższego piętra Holly miała wspaniały widok na jezioro z maleńką centralną wyspą. Nie po raz pierwszy nie żałowała, że nie może wskoczyć do łodzi, popłynąć na wyspę i przeżyć przygody, podobnie jak dzieci w swojej ulubionej książce „Swallows and Amazons”. Oddychała sfrustrowanym oddechem, który parował w szybie okna, i używając palca wskazującego, narysowała chwiejny zarys żaglówki z chmurą wacika i uśmiechniętym słońcem nad nią. Obraz wywołał smutny uśmiech na jej ustach. Patrzyła na nią przez chwilę, a potem wytarła ją dłonią. Spoglądając w dół na linię, pojawiła się zamazana postać. Odziany w ciężki płaszcz i zgarbiony na zimno, przemieścił się z domu do niewielkiego szopy. Holly z zainteresowaniem przyglądała się, jak mężczyzna, bo byli zbyt duzi, by być kobietą, wyłowił coś z kieszeni i zaczął szarpać za łańcuch, który trzymał zamknięty szopę. Uznała, że mężczyzna musi być toymaker z dołu i zastanawiała się, czy w szopie są jego narzędzia. Mężczyzna upuścił łańcuch i stanął twarzą do lekko otwartych drzwi, nie poruszył się. Co on robi? Holly przycisnęła twarz do szyby, starając się lepiej widzieć. Mężczyzna stał nieruchomo jak posąg, z jedną ręką na drewnianych drzwiach, z lekko przechyloną głową, jakby czegoś szukał. Rytmiczne łomotanie wypełniło uszy Holly, coraz głośniej, aż puściła oddech, którego nie zdawała sobie sprawy, że wstrzymuje oddech. Okno zaparowało natychmiast, zasłaniając jej widok. Szybko go otarła i skierowała swoje zaciekawione spojrzenie na leżący poniżej las. W chwili, gdy jej oczy padły na mężczyznę, który wycofał się z trudem łapiąc powietrze. Nie stał już nieruchomo twarzą do szopy… patrzył prosto na nią.

Rozdział drugi

 

Nie wiedziała, dlaczego udawała, że śpi, kiedy jej matka zajrzała, żeby ją sprawdzić. Holly czekała cały dzień i późnym wieczorem na powrót. Tata nie pozwolił jej zostać do późna, był po prostu zbyt zajęty, by pamiętać, by położyć córkę do łóżka. Do około pół godziny temu, kiedy w końcu podniósł wzrok znad swojego laptopa i wydawał się najbardziej zaskoczony jej widokiem.

Holly widziała, jak reflektory samochodu zbliżają się ze swojego punktu widokowego przy oknie w sypialni, ale zamiast zejść ze schodów, by przywitać się ze swoją spóźnioną matką, wspięła się do łóżka i podciągnęła kołdrę do nosa, a jej serce odzwierciedlało gwałtowne łomotanie czułam się wcześniej tego dnia.
„Ona już śpi”. wyszeptała jej matka. Holly leżała całkiem nieruchomo i zacisnęła mocno powieki.
"Naprawdę?" usłyszała, jak mówi jej ojciec. „Nie leżała tak długo w łóżku. Czekała na ciebie.
„Próbowałem wrócić jak najszybciej.” jej matka odpowiedziała delikatnie przyciętymi tonami. "Co robiłeś cały dzień?"
„Czytam jej”. Phil syknął obronnie.
Kłamca. Myślała Holly.
„Cała książka?”
"Nie. Ale-"
"Widzę."
„Linda…” Drzwi sypialni zatrzasnęły się cicho i Holly otworzyła oczy. Słuchała wycofujących się kroków swoich rodziców, które mieszały się z ich obciążoną rozmową. Pełen oskarżających słów i „kto to powiedział, a kto to zrobił”.
Phil i Linda Johnson; zarówno prawnicy. Linda wyjaśniła swojej córce, że bycie prawnikiem oznacza, że dużo się kłóciłeś przed sędzią w miejscu zwanym sądem. A jeśli wygrałeś swoją sprawę, ludzie byli bardzo szczęśliwi. Holly wiedziała, że jej rodzice muszą być dobrymi prawnikami, ponieważ zawsze się kłócili. Zawsze pracowali nad sprawami, ale nigdy nie wydawali się przynosić do siebie żadnego z wygranych. Być może dlatego żadne z nich nigdy nie wydawało się bardzo szczęśliwe. Doszła do wniosku, że jej rodzice muszą oddać wszystkie wygrane sprawy innym osobom, które tak jak teraz chciały jechać na wakacje. Jej ojciec niedawno wygrał duży i dlatego powiedział, że mogą wyjechać na rodzinne Święta Bożego Narodzenia. Holly zastanawiała się, czy ta sprawa została zerwana.

Trzy śpi Pomyślała. I znów zamknęła oczy.

Journal Entry of D.I. Arthur Gredge- Friday April 6th 1855

 

As yet, no identity for victim number three, no further leads either. Returned to the scene during daylight in the hope of finding something, anything. Steps of the church have been scrubbed clean and Wednesday’s rain has washed away any further evidence. Walked the route from church to asylum, a pleasant afternoon despite the circumstances. Stopped at The King’s Head for a pint and asked around for information on any missing women in the area fitting the description. Got the usual reception. Asked if anyone had seen anything out of the ordinary at night. Got the usual with added lampoon. Caught the omnibus back to the Yard. Meeting with the Guv at 5pm. To say he’s not happy would be an understatement. I hate to say it, but Y.Ns letters remain my only viable leads. Will work through my notes and try to figure out where the next attack may be. Always being one step behind this bastard is infuriating.

 

Arthur blotted his entry carefully before closing his journal. It was one of several leather-bound volumes which he used to jot down his thoughts on the cases he worked. He found documenting the cases both cathartic, and useful when he needed to go over a chain events in the hope of a lead he may have missed. The chime of the mantle clock struck 7pm, time enough to pop down to the Rose and Crown for supper. He took in the vista of his compact living room with its worn, comfy armchair by the range, the bare floorboards covered by a substantial, if slightly tatty, rug, the two-seater dining table, and his desk. Never had a room reflected single life so candidly as this one. Donning his favourite bowler hat and long coat, Arthur shoved a few coppers in his pocket and set off. The long shadows of twilight coated the pavement where he walked causing a chill. He crossed to the other side of the road, something about the shadows unsettled him. The feeling stayed with him until he reached the corner of the street where the tavern stood. Music and conversation emanated from the building, a welcoming, familiar sound that bathed him with reassurance. 

Once settled at his favourite seat by the window, the barmaid took his order.

“Steak and Kidney, boiled potatoes and a pint of your best please, Doris.”

“Only got the one ale in today Inspector. That’ll  ‘ave to do ya.” 

“As long as it’s cold and wet, I’m not fussed.”

“It’s warm an’ watered down. Take it or leave it.” Doris grinned.

“Better make it two pints then eh?” Arthur countered. Doris gave him a wink and flounced off. As he waited, he examined the room -force of habit for a detective- he took in the same old faces who frequented the tavern almost on a daily basis. Some met his gaze and nodded or raised a glass in acknowledgement, some ignored him, and some slunk out of view. Most were blissfully unaware of his consideration. These were the people he enjoyed watching the most. Arthur didn’t peg himself as much of a conversationalist, he didn’t have any particular friends to speak of but he had acquaintances and the camaraderie of the constabulary and that was fine. He was a people watcher. You could say it was a hobby of sorts, one that benefitted his career. You could discover an awful lot about a person’s character through discreet observation.

A hearty meal and a few pints later, Arthur left the Rose and Crown and headed home in the rain. The dull orange glow of the gaslights barely penetrated the gloomy street. Arthur shucked up the collar of his coat and set off at a pace, hoping the range was still lit. There was nothing worse than coming home to a cold house after a good soaking. The noise of raucous laughter from the tavern faded to be replaced by the pitter-patter of raindrops on roofs and the sloshing of the runoff as it splashed onto the cobbles. His irritation at the rain exacerbated when he stepped, ankle deep, in a pothole full of dirty water. 

“Damnation!” He hopped out of the puddle almost toppling over on the cobbles. He cringed at the squelching in his shoe when he set his foot on the ground. By the time he reached home, his mood was as black as the sky. 

The Gredge residence on Little Surrey Street was a modest middle-terraced one bedroom dwelling. He could’ve afforded better but in truth, he had no need of anything larger, it wouldn’t do for him to be rattling around in a big house by himself. Having grown up in the area, he was fond of it, warts and all. He had everything he needed, a good job, food in his belly, and a safe place to sleep. No friends, no wife, no children, said the voice in his head. He ignored it. Arthur felt the rain trickle down his neck and under his collar, he shivered. Reaching in his pocket for the door key it slipped from his grasp and on to the wet pavement. Things just weren’t going his way today. The comfort and warmth of the tavern seemed an age away. There were no street lamps here so he couldn’t see where the key had landed. Arthur grumbled and fumbled around until his hand closed on the cold iron. He plunged the blade of the key into the lock, more forcefully than he’d intended. It was at that particular moment when the skin on the back of his neck prickled. He paused mid-turn, his hand still on the key. How was it possible that the street seemed darker than it had just moments ago? He squinted, looking through the rain into the deepest shadows. The street was empty, there were no lights in the windows but all of his finely tuned senses told him he was being watched.